Mężołożnictwo
W czwartek, 27 czerwca 2013 roku, media rozbrzmiały wiadomością o decyzji Sądu Najwyższego USA przyznającej "małżeństwom homoseksualnym" takich samych praw jak heteroseksualnym. Cytowano słowa prezydenta Baracka Obamy: "To jest triumf amerykańskiej demokracji". "Wszyscy są równi, i miłość jaką się obdarzamy też musi być równa". Oraz: „To była dyskryminacja zapisana w prawie, przez którą kochający się, zaangażowani w związek geje i lesbijki byli traktowani jako odrębna, niższa klasa ludzi. Sąd Najwyższy naprawił ten błąd, a naszemu krajowi wyjdzie to na dobre”. (Newsweek, 26/27.06.2013 r.)
■
Od lat słychać powtarzane w mediach
twierdzenia, iż homoseksualizm i heteroseksualizm są równoprawne i równorzędne.
Problem homoseksualizmu jest, przez jego propagatorów, sprowadzany do poziomu
kwestii obyczajowej.
Pomyślmy – współżyją małżonkowie,
poczęty jest człowiek. Rodzi się, mówimy: przychodzi na świat. Lata karmienia,
pielęgnowania, czuwania. Zabawy i kształtowanie. Z niczym nieporównywalne
przeżycia i uczucia, radości i smutki, obawy i nadzieje, marzenia i plany.
Miłość, w wielu ludziach nowe uczucia, w rodzicach, rodzeństwie, rodzinie,
wśród przyjaciół. Ludzie wcześniej obcy sobie zostają złączeni, stają się
bliską rodziną – babciami i dziadkami wspólnych wnucząt. I mogą urodzić się
następne, mogą bliźnięta, trojaczki... Nowe życia, miłości, czyny. I zauważmy
niesłychaną powagę tych narodzin i wychowania – bo rodzi się i wzrasta
człowiek, który uczyni wiele dobra, a może zbrodniarz, który rozleje morze zła.
Oto więc szczególna powaga życia, i jego zdumiewająca rozpiętość – miłość,
zabawa, obowiązek, odpowiedzialność...
I oto dzieje, wszelkie dzieło ludzkie,
wszelkie piękno i brzydota, wszelkie wzruszenie i gniew, miłość i rozkosz,
wszelka siła i słabość, wszelkie zmagania, klęski i zwycięstwa, wszelki ludzki
dramat, szczęście i ból, choroba i uleczenie... I skutki dla niezliczonych
ilości ludzi, dla stworzeń, żyjątek. Dla życia w ogóle. Pulsowanie życia.
Wszelkie istnienia, wszystko, co mnoży się – od Stworzenia, przez tę chwilę, w
przyszłość. I wreszcie – Wiara. Możliwość narodzin z Ducha Świętego, bycia
Bożym dzieckiem i wieczności z Bogiem, w wiecznej Miłości.
I zestawmy to teraz, porównajmy z tym:
z mieszaniem nasienia z kałem.
Uznać to za równoprawne, za tożsame –
znaczy całkowicie rozstać się z rozumem. Z rozumem, z wyobraźnią, z
wrażliwością. Mieszanie członkiem kału w odbycie u kolegi – nie jest, nigdy nie
było i nie będzie tożsame i równoprawne ze współżyciem. Twierdzenie inaczej
jest pacyfikowaniem myślenia, rozumu, logiki, uczuć. Jest napaścią
nienormalności. Przepraszam, że obrazuję to tak dosłownie, ale w ten sposób
możemy ujrzeć jakim szyderstwem z człowieczeństwa jest homoseksualizm,
straszliwym, obłędnym szyderstwem z człowieka, z życia, z rozumu, z miłości i z
Boga. Jest ewidentną, bezdyskusyjną nienormalnością. Zaprzeczeniem życia w jego
istocie, w sednie – w którym jest owocowanie. Z tym nie ma dyskusji. Gdyby ktoś
uważał inaczej, mając rzeczy te za równoprawne, równoważne, tożsame – stan
takiej osoby jest obłędnie straszny. Z kimś, kto tak myśli dyskutować nie
sposób – owszem, ratować takich ludzi przekonując, pochylając się z troską nad
ich tak opłakanym stanem. Ale dyskutować – nie. I nie ma to czegokolwiek wspólnego
z dyskryminacją, wykluczaniem, prześladowaniem, poniżaniem, znęcaniem się,
nienawiścią czy fobią – jest to obrona przed niszczeniem ludzi.
■
Słowo homoseksualizm jest
złożeniem dwóch wyrazów: greckiego homós, co znaczy taki sam, równy,
i pochodzącego z łaciny słowa seks, czyli: płeć. W pojęciu płci zawarte jest
rozróżnienie – na płeć męską i żeńską. Owo rozróżnienie nie jest ot, jakąś
zwykłą sobie różnicą – jak na przykład między jakimiś dwoma przedmiotami, ale
wyodrębnieniem, rozdzieleniem – ku połączeniu, ku jedności. Ale i ta jedność
nie jest jakąś zwykłą, prostą jak złożenie dwu spasowanych części – ale jest
jednością, w której owocuje życie.
A zatem gdybyśmy mieli oddać sens
wyrazu homoseksualizm, byłoby to coś w rodzaju:
jedno-różność-ku-jedności-owocującej-życiem. To jest brednia.
Homoseksualizm jest nazwą uznaną za
termin naukowy, czyni wrażenie nazwy porządkującej, syntetycznie wyrażającej
prawdę o zjawisku, ale, podkreślmy, z terminu tego wynika jakoby to, co nim
nazwano, mieściło się w płciowości, jakoby była to jakaś forma „realizacji
płci”, ale przecież tak nie jest. Płeć to rozróżnienie aby była owocująca
całość małżeństwa. Bóg uczy nas, że mąż i żona są jednym ciałem, zatem płeć
jest „narządem wewnętrznym” tego ciała. Małżeństwa. Płeć to nie jest żądza i
sposoby jej zaspakajania. Płeć jest bramą życia, współżycie jej otwieraniem.
Płeć nie jest tylko specyficznym uformowaniem ciała. Nie jest czymś w rodzaju
urządzenia, które można tak czy owak zastosować. Rodzinę można – ujmując rzecz
metaforycznie – przyrównać do macicy, w której mając zapewnione wszystko, czego
mu potrzeba, chroniony i otoczony miłością człowiek wzrasta i dojrzewa, by
urodzić się, być wydanym na świat, do samodzielnego życia. Płeć nie jest jakimś
izolowanym zjawiskiem, jest spełnianiem, owocowaniem miłości, owocowaniem
życia. Poczęcie, ciąża, narodziny, wzrost, wychowanie, dojrzewanie do
samodzielnego życia – to jest całość.
Przy tej sposobności, ludzi mających
problemy z pogodzeniem wolności z małżeństwem i ze wszystkim co z małżeństwem
się wiąże, czyli ze stałością, wiernością itp., zachęcam do refleksji. Otóż,
przepraszam, ale nawet puszczając wiatry postępujemy według jakichś zasad,
wynikających z wrażliwości, z szacunku, aby komuś nie sprawić przykrości, nie
narazić na zakłopotanie, nie zgorszyć. A, na przykład, gdy przygotowujemy
jedzenie robimy to z ogromną uwagą – aby się czy kogoś nie zatruć, aby nie
zaszkodziło, aby było czyste, aby smakowało, by było pożywne, estetycznie
podane i aby nastrój przy jedzeniu był odpowiedni. A, pomyślmy, cóż dopiero,
gdy mówimy o powoływaniu do życia człowieka! Czy, po prostu, logicznym byłoby
myśleć, spodziewać się lub wymagać, by w tej kwestii nie było zasad? Rozumując
na elementarnym, podstawowym poziomie – musimy oczekiwać, spodziewać się w tej
sferze właśnie najbardziej szczególnych, wyjątkowych zasad, reguł. Zatem, co
mówi nam w tej kwestii Bóg nie jest jakimś przeżytkiem patriarchalnej kultury,
jakimś ograniczeniem, niewolą, czy czymś nieżyciowym – przeciwnie. I wskazuje
na to także prosta logika. Prosty, podstawowy ogląd świata.
■
Jest jeszcze inna kwestia, której nie
zauważa się – bo przecież równie nierozumnym pojęciem, co homoseksualizm,
jest pojęcie heteroseksualizmu. Znów, termin ten jest złożeniem
greckiego słowa héteros, co znaczy: inny, z wywiedzionym z łaciny słowem
seks, czyli: płeć. Użycie zatem słowa hetero do nazwania płci, jest
nałożeniem na zawarte w słowie płeć dodatkowego, innego niż płciowe,
rozróżnienia. Różności innego rodzaju – zwykłej, prostej, o jakiej mówimy gdy,
na przykład widzimy dwa różniące się przedmioty – a to w odniesieniu do płci
jest nieprawdą. Bo, jak przecież dobrze wiemy, płeć nie jest takim zwykłym
rozróżnieniem, nie sprowadza się do tylko różnicy, różnej formy ciał, ale jest
rozróżnieniem by tworzyć żywą, owocującą życiem całość. Słowo 'hetero' zupełnie
nie oddaje tego sensu. I przeciwnie – zaprzecza mu.
Zatem dodanie do słowa płeć (seks)
słowa 'hetero', jest utworzeniem wyrażenia tautologicznego i naprawdę
negującego to, co nim nazwano – to znaczy: negującego owo szczególne
rozdzielenie-ku-całości. Bowiem sens terminu heteroseksualizm jest taki:
rozdzielenie-rozdzielenia-ku-całości. Nikt nie wymyślałby tego absurdu – gdyby
nie przyjęcie terminu homoseksualizm.
Zauważmy też, iż termin
heteroseksualizm grupuje w jednym zbiorze, a więc pod pewnym względem uznaje za
tożsame, zjawiska wykluczające się nawzajem. Heteroseksualizmem są bowiem:
miłość małżeńska, cudzołóstwo, wszeteczeństwo, gwałt, prostytucja, pedofilia,
mord z lubieżności... Ogarnianie takich zjawisk jednym pojęciem nie jest prawdą
o płci. Nie jest prawdą o człowieku. Takiej systematyki w ogóle nie można
zastosować do żywych istot.
A zatem, jak to w ogóle możliwe, że
utworzenie i stosowanie pojęć homoseksualizm, heteroseksualizm uważa się za
naukowe?! A przecież mamy od tysięcy lat słowa nazywające te kwestie.
Cudzołóstwo, mężołóstwo – te słowa nazywają rzeczy jakimi są. Wiadomo – mówimy
o grzechach i wiadomo o jakich. Bo, zauważmy, czy mamy jakieś pojęcie, jakieś
słowo, termin naukowy – jedną wspólną nazwę dla życia i śmierci?
I jeszcze jedna uwaga. Już stwarzając
pojęcia 'homoseksualizm' i 'heteroseksualizm' – uznano, że tak nazwane zjawiska
są odmianami tego samego, że to seksualizmy. A skoro uznano je w tym sensie za
tożsame – trudno było utrzymać, że nie są równoprawne. To już był proces
zrównywania ich.
■
Zauważmy, że seks jest nazwą utworzoną
z obserwacji sprowadzonej do poziomu materii. Do wykonywanych czynności. Jeżeli
bowiem powiemy, że z prostytutką uprawia się seks, to słowem tym nie możemy
nazwać współżycia małżeństwa. Nie można tym samym pojęciem nazywać tak
drastycznie różnych rzeczy. Przeciwieństw – w sensie w jakim przeciwieństwem są
życie i śmierć.
Współżycie – piękne słowo. Życie razem,
wspólne życie i szczególne chwile wspólnego życia. Mąż i żona – współżycie. Cudzołóstwo – wespół
śmierć.
Tymczasem seks uznano za coś
autonomicznego, jakby była to jakaś aktywność sama w sobie. Przyjrzyjmy się takiemu postawieniu sprawy na
przykładzie innej potrzeby ciała. Wyodrębnijmy z pełni tego czym ono jest –
oddychanie. Wyobraźmy sobie, że chwilę nie oddychamy, a potem bierzemy duży
wdech. Co poczujemy? Zaspokojenie tej niesłychanej potrzeby oddychania,
przyjemność, uczucie pełnej piersi. Możemy czuć rześkość powietrza, aromaty.
Ale czy tę przyjemność, te doznania, to zaspokojenie – możemy ot, oddzielić od
tego czym w ogóle dla życia jest oddychanie? Oczywiście nie. Czy tak trudno
zrozumieć, czy chociaż przyjąć, że podobnie jest w kwestii współżycia, że
podobnie nie można oddzielać go od życia, „abstrahować” z małżeństwa?
A czy gdyby ktoś wciągał do płuc wodę –
nazwiemy to orientacją oddechową? Mniejszością oddechową? A na pytanie, czy
wciąganie wody do płuc jest rodzajem oddychania – będziemy szukali odpowiedzi
drogą głosowania?
■
Gdy człowiek wierzący płodzi potomstwo,
jego myślą i nadzieją jest, że to dziecko, ten człowiek, którego właśnie
powołuje, będzie zbawiony, będzie żył wiecznie z Bogiem jako Boże dziecko. A to
sprawia zupełnie inny wymiar rozkoszy – miłości i małżeństwa. Rozkoszy nie
postrzega, nie odczuwa jako manipulacji dokonywanej na nim przez proces
ewolucji, jako wydzielania chemikaliów w celu przymuszenia go do płodzenia,
jako zatem pigułki gwałtu. Nie, dla wierzącego ta rozkosz jest darem, i w tym
darze Bóg czyni dar życia, życia ku wieczności z Bogiem. To jest zupełnie coś
innego niż rozkosz ateistów. Dla nich rozkosz jest czymś innym, to działanie
pigułki gwałtu – z całym wachlarzem konsekwencji, bo czym w takim razie jest
miłość i jak mają się ich wzajemne relacje. Łatwo, rzec można: „naturalnie”,
przychodzi im sprowadzenie pragnień ciała – do poziomu fizjologii. Oddzielają,
segmentują rozkosz, miłość, płodzenie i małżeństwo, które według nich jest
tylko jedną ze społecznych umów. Płodzenie to płodzenie, a rozkosz jest
ewolucyjnie wykształconym przymuszaniem do płodzenia. Miłość wedle nich to
odurzenie i tryczność, a sensem jej tylko przekazywanie tego samego, tzn.
przedłużanie tak pojmowanego życia – zatem trzeba używać jak się chce „byle nie
krzywdzić innych” – jak to mówią. Ale cały ten światopogląd i jego propagowanie
i organizowanie życia według jego zasad – jest krzywdzeniem.
■
W postępowaniu mężołożników jest i ta
sprzeczność, że głoszą, iż ich stan jest właściwy naturze, normalny. Powołują
się przy tym na przykłady takich zachowań wśród zwierząt. Ale czemu zatem,
skoro z mężołóstwa nie rodzą się dzieci – domagają się prawa do adopcji? Tym
samym przecież stan swój „czyniąc nienaturalnym”! Otóż, po prostu mają
pragnienie posiadania rodzin, oczywiste pragnienie normalnej rodziny, z
dziećmi... Ale tymi normalnymi rodzinami nie są i być nie mogą. Ujawniają, że
ich stan jest koszmarem i absurdem – jakże nieszczęśni są ci ludzie, uwikłani w
sprzecznych pragnieniach i samozaprzeczeniach.
Zarazem ujawnia się w tym ich
postępowaniu egoizm i przewrotność, ale również bezrefleksyjne i bezrozumne
podążanie za chęciami: ma być tak, jak mi przyjemnie, podług mojego pragnienia.
Dla realizacji tych swoich pragnień gotowi są na dowolną woltę.
Czytałem o naukowych badaniach dzieci
„wychowywanych” w „związkach homoseksualnych”, z których to badań wnioskowano,
iż u dzieci tych nie stwierdza się jakichś złych skutków tego „wychowania”. Nie
stwierdzono znaczących zmian... Ależ przecież zmianą jest właśnie wychowanie
przez mężołożników – właśnie najgorsze już się stało! Dzieci nie widzą zła, nie
czują nienormalności tej sytuacji, nie czują obrzydzenia, nie uciekają, nie
wołają o ratunek – co miało się stać więcej, co jest gorszego – zostały zabite,
to jest duchowa śmierć. Jak w mężołóstwie nie powstaje życie – tak i nie może
być formowane.
Mężołożnicza propaganda używa terminu:
„dzieci homoseksualistów”, co jest oczywistym oksymoronem, ale jak widać
konsekwentnie starają się wpoić ludziom, jakoby ich stan i to, co robią były
czymś normalnym. Jakoby był to seksualizm z płodzeniem włącznie. Ale oczywiście
nie istnieją „dzieci homoseksualistów”, są dzieci które powołali współżyjąc z
płcią przeciwną, albo przez tak zwane dawstwo nasienia itp.
Tu wyłania się też bardzo poważny
problem: jak wnioskować z obserwacji natury, jak pobierać naukę z natury? Na
przykład sroki lubią błyszczące przedmioty zatem kradzież biżuterii należy
wykreślić z Kodeksu Karnego? Albo: widywałem na wsi jak młody byk skakał na
swoją krowią mamę. Tak też mamy robić? To też jest obecne w naturze.
■
W Piśmie Świętym czytamy, że mężołóstwo jest
obrzydliwością u Boga (Księga kapłańska 18,22; 27 – 29). Czuć obrzydzenie do
mężołóstwa – to odczuwać na podobieństwo Boże. To jest skarb. Jeśli zatem
czujesz obrzydzenie do mężołożniczych umizgów, nie daj sobie wmówić, że to
odczucie jest złe. Nie daj narzucić sobie z tego powodu poczucia winy, wzbudzić
w sobie niepewności. Czujesz na podobieństwo Boże – nie daj sobie tego odebrać.
To właśnie ktoś, kto ingeruje w to twoje odczuwanie, chce je zmienić – dokonuje
gwałtu. Reakcja odrzucenia i niezgody jest właściwa, a równanie tych reakcji i
odczuć z rasizmem, poniżaniem czy prześladowaniem – jest kłamstwem,
manipulacją.
Przyglądając się życiu możemy widzieć,
że uczucie obrzydzenia pełni bardzo istotne funkcje. Odstręcza od brudu.
Padliny nie jedz, wymiocin nie jedz, zwłokami się nie baw. A ludziom
uważającym, że Biblia to może i czcigodny zabytek, ale jako podręcznik życia
mocno przestarzały, radzę zauważyć, że w miarę upływu tysiącleci spożywanie
wymiocin nie staje się mniej obrzydliwe. Uczucie obrzydzenia nie jest chorobą,
nie nazwiemy go fobią.
■
Gdy mężołożnik powie mężczyźnie: kocham
cię – co to znaczy? Co staje się z tym słowem? Bo gdy słyszysz słowa: męska
miłość – jakie masz skojarzenia? No właśnie, sama obecność, aktywność i
propaganda mężołóstwa sprawiają, że słowa męskiej miłości są powalane,
zniszczone. Wniesiono straszny brud, wstrętne skojarzenie tam, gdzie męskie
uczucia, męskie oddanie, droga męskiej doskonałości.
Zatem publiczna demonstracyjna obecność
i propaganda mężołóstwa to nie jest kwestia tolerancji i praw obywatelskich –
dobrze to sobie uświadommy. Demonstracje mężołożników, ich parady są zadawaniem
bólu, wyzywającym gwałtem, stawianiem innych wobec naprawdę trudnych prób.
Człowiek prawdziwie wierzący, cierpi widząc ludzi tak w zaślepieniu
działających na zgubę swoją i innych. Ludzi zwróconych przeciwko samym sobie.
Zarazem widok tak wyzywającego, bezczelnego postępowania wobec Boga budzi w
wierzącym drżenie. I to poruszenie, to drżenie – zostają wyśmiane. Boży
porządek przedstawiają jako przesąd, zabobon, coś nieaktualnego i
nienaturalnego. Zakładają ludziom tęczowe pasiaki.
Tęcza jest znakiem Bożego przymierza,
iż nie zniszczy już ludzi potopem. Oczywiście niewierzący ochoczo uznają to za
okazję, by się pośmiać, ale już choćby z tego artykułu łatwo mogą wziąć lekcję,
że nie stoją po stronie rozumu. Mężołożnicy obrali sobie barwy tęczy za swój
znak, interpretując je jako symbol, po swojemu rozumianej, różnorodności. Ale,
doprawdy, gdyby to, co robią wyrazić obrazem, byłoby to postępowaniem
złoczyńcy, który wdziera się do czyjegoś domu, zadaje rany, bierze się
okaleczać dzieci – i powołuje się przy tym na prawa gościnności.
■
Za przyczyną stałej obecności
mężołożnictwa w przestrzeni publicznej ludzie są urabiani, zobojętniani. Ich
pornografia leży w kioskach na wystawach. Ingerują w sumienia ludzi, napierają
by zmienić myślenie i odczuwanie. Zauważmy, gdy ktoś kogoś okaleczy, na
przykład pozbawi słuchu lub wzroku – jest powszechnie potępiany, jest sądzony i
to jest oczywiste. Ale gdy ktoś niszczy w innych właściwe odczuwanie, myślenie,
mówią: to subiektywne, to sprawa przekonań, wartości.
Miłość nieprzyjaciół nie oznacza
pomagania im w czynieniu zła. Jest miłowaniem człowieka – nie zła, które czyni.
Nie namawiam do rzucania kamieniami w tych ludzi – przenigdy. Jezus Chrystus
nie potępił kobiety, którą miano ukamienować, i sprawił, że inni też jej nie
potępili, nie ukamienowano jej. Pouczył nas o miłosierdziu, ale przecież nie
poparł cudzołóstwa!
Miłością bliźniego w stosunku do
mężołożników jest pomóc im przestać być mężołożnikami, co oznacza uświadamiać,
że tkwią w złu, w nienormalności, są na drodze zguby. I jednocześnie wskazywać
drogę ratunku.
Jeśli kochamy człowieka, to właśnie
nienawidzimy trawiącej go choroby – tego, co go udręcza, co go prowadzi do
śmierci i zguby. To jest logika miłości. Kochając człowieka – kochać to, co go
gubi? To sprzeczność. Kochać chorobę człowieka, to nie kochać jego, kochać
chorobę to choroba.
Łacińskie słowo tolerantia
oznacza wytrzymałość na coś. To jedno. A drugie – jak zastosować tolerancję do
sytuacji, gdy ktoś czyni zło, działa na szkodę innych? Pozwalać na niszczenie,
na okaleczanie? Nie jest to ani miłosierdziem, ani współczuciem.
Ludzie niewierzący, ludzie nie
rozróżniający spraw ducha, spraw życia, rozumują: „gwałciciel gwałci, morderca
morduje – to są rzeczy straszne, to zło. Ale homoseksualiści cóż złego w
gruncie rzeczy robią? To ich sprawa”. Ludzie tak myślący już są ofiarami.
■
Mężołożnicy wywalczyli sobie miejsce w
debacie publicznej. Ale czy do publicznej debaty powinno zapraszać się ludzi,
których pojmowanie rzeczy jest poniżej poziomu elementarnego? W tym przypadku,
poniżej poziomu lekcji przyrody w szkole elementarnej? Czy to ma jakikolwiek
sens? Co znaczy słowo: debata, gdy tak się postępuje?
Ludzie dorośli, poruszający się
mentalnie poniżej poziomu szkoły podstawowej, to raczej osoby społecznej troski
– które oczywiście mają swoje prawa i nikt nie odmawia im szacunku i miłości,
ale przedstawianie ich jako zdolnych i powołanych do kształtowania
społeczeństw, to przeinaczanie pojęć i przeinaczanie myślenia o tym, czym jest
i czemu służy publiczna Rozmowa. Bo jest ona dochodzeniem do prawdy, do
rozwiązywania problemów, do rozpoznawania, nazywania zjawisk, do budowania.
Powoływanie mężołożników do takich Rozmów – jako ekspertów, mentorów i arbitrów
jest absurdem. Mogłoby się wydawać, że przecież znają swoje problemy, a zatem
powinni o nich mówić, ale przecież swoim postępowaniem, swoim życiem dowodzą,
iż wypowiadać się mieliby w kwestii, w której właśnie istotnie błądzą,
naocznie, dowodnie wykazują, że nie mają wiedzy, rozpoznania prawdy czy nawet
wrażliwości – potrzebnych do ich rozważania. Za czym powołujący ich do tej roli
również okazują w ten sposób nierozumność
i nierozpoznanie zjawisk – dyskwalifikujące jako organizatorów czy prowadzących
taką Rozmowę.
Debata nie służy edukowaniu w
podstawowym zakresie zjawisk przyrodniczych. Z istoty swojej służy zajmowaniu
się kwestiami innej miary, na innym poziomie, służy innym zupełnie celom.
Przywołujemy tu zjawiska przyrodnicze,
bo te mają powszechnie dostępną oczywistość, ale przecież mówimy o rozeznaniu
duchowym.
■
Odbieranie mężołożnikom, lesbijkom
świadomości, że czynią zło, jest odbieraniem pragnienia ratunku, przebaczenia i
oczyszczenia. Bo jak zapragnąć wyratowania z czegoś, co uznało się za dobro.
Jak zapłakać nad tym? Jak to znienawidzić? Żeby zapragnąć ratunku trzeba
ujrzeć, że się go potrzebuje, uwierzyć, że jest ratunek. A tymczasem ludzie ci
utwierdzają się i są utwierdzani w straszliwej sytuacji znajdowania rozkoszy w
tym, co jest obrzydliwością u Boga, czucia się w tym „spełnionymi”. Uchwalając
specjalne prawa – popycha się tych ludzi do pełnej identyfikacji i czyni się
prawo narzędziem utwierdzania w złu, narzędziem okaleczania i gwałtu,
odstępstwa i zguby.
Utwierdzanie ludzi w poczuciu
normalności mężołożnictwa, jest przerzucaniem nienormalności na innych. Teraz
ci odczuwający właściwie – mają się czuć winni. To oni okazują się być
nienormalni i mają się zmieniać. Mają się leczyć. To jest działanie o nieobliczalnych
skutkach.
Uznanie mężołóstwa za normę skutkuje
też zobojętnianiem ludzi, duchowym zastyganiem „w pozycji”: nie tak i nie nie.
A co tam, a niech tam. I to jest też bardzo poważny skutek – bo jak zapłakać
nad popełnioną obojętnością? Jak wydobyć się z niej?
„Tacy już jesteśmy, nie zmienimy tego”.
„To uwarunkowanie”. „Takim mnie Bóg stworzył, takim mnie ma”. Szczególnie to
ostatnie zdanie jest straszne – wyzywające kłamstwo. Bowiem otrzymujemy od Boga
wszelką potrzebną naukę. Bóg przez świętego Pawła powiedział nam wyraźnie
wprost, że przyczyna mężołóstwa jest duchowa.
Spotkałem się z wypowiedziami tych
ludzi, że muszą takimi być, bo jest to od nich silniejsze. Bo nie mają siły, by
to zmienić, I dlatego godzą się z tym, nie walczą. Ale kto powiedział, że
wymaga od nich by mieli tę siłę, siłę by to samemu przezwyciężyć? Gdyby
człowiek umiał, czy mógł sobie poradzić z grzechem – z duchową śmiercią – czy
Chrystus umierałby na krzyżu? To On ratuje, to u Niego szukamy ratunku, u Boga
wszystko jest możliwe.
■
Jakkolwiek wiele z napisanych tu słów
brzmi twardo, to żadne z nich nie jest przeciwko komukolwiek. Chodzi o to, by
przeciwstawić się kłamstwu i zniszczeniu. By ludzie nie ginęli w kłamstwie.
Opublikowany 10 sierpnia 2013 r.:
https://zbigniewsajnog.wordpress.com/2013/08/10/mezoloznictwo/